poniedziałek, 18 września 2017

Słowem zakończenia: pożegnanie

I’d give anything just to be with you again but it’s not the right time
And I’d give anything just to feel you on my skin
But it’s not the right time and it’ll never be the right time, will it?
And it might never be the right time and that’s the hardest part of it…


Aż trudno uwierzyć, w jak iście ekspresowym tempie mija czas od jednych świąt Bożego Narodzenia, do kolejnych. Niby między nimi jest równe dwanaście miesięcy, ale w wirze codzienności, nie zawsze kolorowej i układającej się sympatycznie po naszej myśli, ma się takie dziwne wrażenie, jakby to było zaledwie dwanaście tygodni. Co prawda, do samych świąt pozostał jeszcze równy tydzień, ale zawsze. Czas płynie nieubłaganie i nic nie jest go w stanie zatrzymać, zupełnie nic. Chociaż momentami przy dość traumatycznych chwilach, a nie ukrywajmy, takich było ostatnio co nie miara, ma się ogromną ochotę go cofnąć, zaś przy tych dobrych, pozytywnych, które też zaczęły się coraz częściej pojawiać po drodze, chce się go za wszelką cenę zatrzymać, aby to trwało wiecznie. Ale tak się nie da, to niestety niemożliwe. Chyba, że ktoś wymyśli i skonstruuje jakiś magiczny wehikuł, co jest raczej wątpliwe.
Teoretycznie.
Tak samo, jak teoretycznie nic dwa razy się nie zdarza, nic nie pojawia się w naszym życiu po raz drugi, w dokładnie identycznej sytuacji. A jednak, życie jest też niesamowicie, intrygująco wręcz zaskakujące. Ja o tym przekonałem się tysiące razy, niemal na każdym większym kroku. Chociażby… teraz. Aktualnie. W tej chwili, układając cierpliwie i delikatnie zastawę w małe różyczki przy stole, aby nie wyszczerbić przypadkowym szturchnięciem ani jednego maleńkiego okruszka tej porcelany, którą wyjmuję tylko w wyjątkowych sytuacjach. Takich specjalnych. Jak ta, która niby też nie zdarza się ponownie. Choć taka sama, niemalże kropla w kroplę, miała miejsce już spory okres temu, kiedy szykowałem się do oświadczyn, aby nareszcie uklęknąć przez Carlą na to jedno kolano i poprosić ją o rękę, uzyskać oficjalne pozwolenie na spędzenie razem swojego życia u wspólnego boku. Wtedy kolacja udała się w stu procentach, teraz też musi, innej, negatywnej opcji w ogóle nie przyjmuję do wiadomości, nie przewiduje jej w swoim precyzyjnym, indywidualnie dopracowanym scenariuszu, nawet w roli statysty. 
Wtedy wszystko wyszło doskonale, właśnie tak, jak sobie zaplanowałem. Zaczynając na zaskoczeniu Carli, a kończąc na łzach w tych cudnych, magnetycznych oczach, które kochałem i nadal kocham bezgranicznie, gdy zakładałem ten błyszczący, dopasowany w każdym calu pierścionek na jej szczuplutki aż nadmiernie palec. A teraz… na razie jestem w fazie głębokich przygotowań, siedząc w tym procesie od wczesnego przedpołudnia, aby wszystkie pojedyncze elementy były jak najbardziej, najlepiej dopracowane. Łącznie z seledynowymi serwetkami, które tym razem także się pojawią obok talerzy. Kupiłem identyczne, nawet w tym samym sklepie obok naszej kawiarni. Aby było właśnie tak identycznie jak wtedy. No, prawie, z jednym wyjątkiem, bo jednak tego wieczora ponownych oświadczyn nie przewiduję w programie atrakcji. Chociaż szczerze mówiąc, nie miałbym absolutnie nic przeciwko i takiemu rozwiązaniu. Aż mnie świerzbi, tak po cichu, subtelnie dając coraz śmielsze sygnały, by jednak wyjąć to ładne pudełeczko, ciągle schowanie w odpowiednim miejscu, otworzyć je przed nią jeszcze raz i zadać te magiczne słowa, które wówczas zabrzmiały piękniej niż jakiekolwiek inne, pomimo nie do końca pewnego głosu, łamiącego się co zdanie, drżącego z ekscytacji, niepozwalającej się gdzieś w pełni okiełznać.
Podchodzę do lustra, zapinając ostatecznie tą lekko za dużą koszulę w białoczarną kratę, którą dotychczas dla wygody miałem rozpiętą do połowy, chociaż przy moich energicznych, nieskoordynowanych ruchach i biegach z jednego końca domu na drugi, latała we wszystkie strony świata. Kenneth, sam wpadłeś na ten genialny pomysł, żeby ubrać się elegancko, zresztą takie samo polecenie wydałeś Carli w wiadomości, więc nie narzekaj, że coś ci teraz w tym nie pasuje. Jak raz założysz coś bardziej gustownego niż wyciągnięty i sprany dres, to korona ci z tej rozczochranej łepetyny nie spadnie. Zresztą, tam i tak nie miałoby już co spadać. Ma być tak samo, jak wtedy, już nie pamiętasz? Ma być znowu gromka niespodzianka, chociaż na pewno już nie takich rozmiarów, bo jednak kolacja była zapowiedziana wcześniej, ale zawsze to się liczy. Że się starałem i nadal się staram. Musi być idealnie. Perfekcyjnie.
Dla niej warto się pomęczyć, zresztą, ja cały czas się usilnie męczę, dążąc do tego uparcie, aby odbudować to, co kiedyś z hukiem zniszczyłem. Wiem, zawiniłem, więc mam obowiązek się zrehabilitować. Nareszcie, wypadałoby. Chociaż odnoszę wrażenie, że Carla nieco mi pomogła w ostatnich paru tygodniach, umożliwiając mi dostęp do siebie, do swojego świata, poprzez te niby zwykłe spotkania i rozmowy, poprzez ujawnienie całej prawdy, która tak mocno jej ciążyła, nie pozwalając odetchnąć pełną piersią. Ale też i poprzez ten list, który nigdy nie miał się pojawić w moich rękach, a jednak znalazła w sobie na tyle odwagi i minimalnego ponownego zaufania, aby mi go przekazać. Niby takie mało znaczące błahostki, gesty, ale dla mnie urosły do rangi cudu, czegoś wielkiego.
Czegoś, na co czekałem długie miesiące, już od pierwszego dnia naszego rozstania. Czegoś, co dotychczas było na liście zakazanych chwil. By móc znów porozmawiać z nią tak, jak dawniej. Normalnie, bez tych wszystkich krzyków i wyrzucanych wzajemnie żali. Jak ludzie, którzy się kochali i nadal kochają, przynajmniej ja spełniam cały czas to drugie, wewnętrznie narzucone kryterium.
Szybkim pociągnięciem ręki o siarkę, zapalam zapałkę, przykładając ją do maleńkiego, ledwo wystającego poza wosk knocika zapachowej świeczki, uwalniając jej mocny, waniliowy aromat, rozchodzący się automatycznie wokół stołu. Nastrój już jest, jeden krok do perfekcji wykonany, odhaczony w tej zawodnej momentami pamięci.

Możesz być tak chwilę po 20, najlepiej w jakimś eleganckim wydaniu :)

Spoglądam ponownie na ekran telefonu i ostatnią wiadomość, którą wysłałem uprzednio, aby samemu upewnić się, ile mam jeszcze dokładnie czasu. Ponad trzydzieści minut, sporo, to dobrze. Wszystko będzie w sam raz, punktualnie na umówioną godzinę. Wyrobię się, dam radę, akurat w kwestii ekspresowych przygotować jestem mistrzem. Może takich niezbyt wielkich rozmiarów i spektakularnych osiągnięć, ale jednak.
Uśmiecham się do siebie, czytając tą wzmiankę o eleganckim wydaniu. Powinienem chyba sam wziąć to sobie do serca, bo z takimi nastroszonymi włosami, jakbym ledwo co zwlókł się z łóżka, jeszcze po nocnych bijatykach, raczej nie ma mowy o byciu eleganckim. Kenneth, wiesz, że może ósmym cudem świata nie jesteś, ale dla niej mógłbyś się postarać odrobinkę bardziej, aby na ten jeden wieczór stać się nawet i dziewiątym, co?
Siadam na sekundkę przy stole, ogarniając prowizorycznie wzrokiem cały parter w jego najbliższym zasięgu. Dookoła wręcz lśni czystością, nic zbędnego nie wala się po podłodze, jak to miało miejsce chociażby dzisiejszego poranka. Jest w jak najlepszym porządku, tylko mogę sobie tego pogratulować. Przeczesuję rozpostartymi palcami potarganą czuprynę, układając ją w coś w miarę zgrabnego, czując coraz intensywniejsze zapachy łososia w sosie, wydobywające się z rozgrzanego do czerwoności piekarnika. Niemalże identyczne… jak wtedy. A może nawet i lepsze, bo nie robię go zaledwie po raz drugi, ale spokojnie już chyba z enty, że nawet ciężko policzyć.
Biorę głębszy oddech, jakby na uspokojenie, bo czuję, że emocje niedługo zaczną swoje rozbrykane tango radości i zbyt przesadnej ekscytacji, słysząc raptownie dzwonek do drzwi. Odwracam odruchowo głowę w stronę korytarza, wstając nieco leniwie z krzesła, idąc w jego kierunku. Carla? O tej porze? Tak wcześnie? Zawsze była punktualna do bólu. Jeśli umawiała się z kimś o pierwszej, to o tej była, a nie o pierwszej zero jeden. Może chłopacy? Ale skoro mają wolne, bo za nimi już dość intensywny, konkursowy maraton, to raczej nie będą się zjawiać z takimi domowymi wizytami. A może… mama? Nie, wolałbym nie, naprawdę. Teoretycznie wreszcie się pogodziliśmy, ale jednak takie spotkanie byłoby teraz lekko nie na miejscu. Ani mi też na rękę, mimo wszystko.
Włączam światło, aby rozświetlić sobie drogę na te paręnaście kroków, naciskając ostatecznie klamkę, chociaż w umyśle już zapaliła się ta podła lampka niepewności, którą najchętniej bym z niego wyjął i zdusił.
- Hej. – zaczyna ze swoim uroczym, wręcz firmowym uśmiechem. – Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, że przyszłam trochę wcześniej?
Odwzajemniam uśmiech, ale w zdecydowanie bardziej bezpośredni sposób, szeroko od ucha do ucha, wyzbywając się wszelkiej ukrywanej w środku nieśmiałości i tych kilku znaków zapytania, które zrodziły się chwilę temu. Teraz już się ulotniły, pozostawiły mi jedynie wolną przestrzeń.
Jednak pierwsza opcja, ta niby najmniej prawdopodobna, okazała się prawdziwą.
Carla.
We własnej osobie, ubrana… w idealnie dopasowany strój, jaki dostała w tym nieco zdystansowanym poleceniu. Z kwiecistą opaską na włosach, splątanych w wysoki, gruby kok, mając na sobie kremową sukienkę z rękawami za łokcie, sięgającą trochę powyżej kolan, świetnie pasująca do jej figury. Wpatruję się w nią jak w śliczny obrazek. Bo ona jest jak z obrazka, jak wycięta żywcem z jakiegoś modowego magazynu. Chociaż nawet i w zwykłych dżinsach czy obszernej, rozciągniętej bluzce, wyglądałaby równie elegancko i apetycznie.
- Oczywiście, że nie. – odpieram uradowany, wybudzając się z tego letargu zamyślenia, odrywając w końcu od niej swój zachłanny wzrok, żeby nie wpędzać ją w jakieś zbędne zakłopotanie.
Carla, ja miałbym się na ciebie gniewać za to, że mogłem cię zobaczyć wcześniej i nie katować się już tą narastającą niecierpliwością? Nigdy w życiu, absolutnie! Mogę się  z tego faktu wyłącznie cieszyć.
Cieszyć się, że chciała się ze mną spotkać jeszcze prędzej, niż to planowałem, że się za mną… stęskniła? Chyba można tak powiedzieć, prawda? Bo dla mnie to dość jednoznaczny sygnał. Ale tego akurat mogę się już tylko domyślać, czy taka idea była w jej głowie w rzeczywistości.
Uśmiecha się po raz kolejny z wzajemnością, jakby ucieszyła się wyraźnie z moich słów i pozytywnego nastawienia, które dzisiaj pod żadnym kątem na pewno nie ściemnieje. Robi parę kroków do przodu, przekraczając w końcu próg naszego, wspólnego przecież niegdyś domu, obdarowując mnie delikatnym całusem w policzek, takim typowo na powitanie, wręczając wąską, ozdobną torebeczkę z butelką wytrawnego, czerwonego wina. Moje ulubione. Zawsze takie kupowałem, objeżdżając nieraz pół miasta w jego poszukiwaniu. Mały, drobny pocałunek, właściwie nieznaczne cmoknięcie, ale dla mnie natychmiast urosło do rozmiaru wielkiego wydarzenia. Stęskniłem się za dotykiem jej ust, których smak pamiętam lepiej niż cokolwiek innego podobnego. Ale do gorącej namiętności jeszcze daleko, choć na początek dobre i to. Od czegoś trzeba ponownie zacząć. Na pewno nie było jej przy tym fakcie łatwo z myślą, że na tym samym policzku kiedyś składała inne pocałunki… również inna, obca kobieta.
Zapraszam ją gestem do środka, aby wchodziła bez oporów, jak do siebie, nadal milcząc, kontemplując wszystko w myślach, napawając się chwilą i podświadomie kontrolując w miarę możliwości to rozlewanie się intensywnej pewnie czerwieni po twarzy, bo zaraz będę wyglądał jak żarząca się cegła.
- To dla mnie? – pyta zaskoczona, stając na wprost suto zastawionego stołu.
Zadała dokładnie to samo, kluczowe pytanie. Słowo w słowo. Ale nie pytała już o to, czy sam wszystko przygotowałem. Bo wie, że tak. Przecież mnie zna aż na wylot. Widzę, jak jej oczy błyskawicznie zmieniają swój blask na jeszcze większy, jakby pojawiały się w nich powoli drobniuteńkie łezki wzruszenia, połączonego z reakcją na taką niespodziankę. Jakby w myślach… odtwarzała samodzielnie tamtą dawną kolację, jakby wszystko sobie przypominała. Wpatruje się z ogromnym rozrzewnieniem, zajmując miejsce, które jej szarmancko odsuwam, uśmiechając się już w nieco inny sposób. Pamięta wszystko, doskonale o tym wiem. Dostrzegam to na jej twarzy, przepełnionej zupełnie odmiennym wyrazem niż choćby sekundę temu.
- Tym razem niestety nie mam pierścionka. – odpieram, śmiejąc się cicho pod nosem, patrząc na nią wymownie, wręcz prowokacyjnie.
Lustruje mnie, zaciskając usta składające się w nieznaczny łuk porozumienia.
- Wystarczy, że mogę tu wrócić chociaż na moment, to jest o wiele ważniejsze niż jakiś pierścionek. Na niego zawsze przyjdzie pora. – rzuca stonowanym tonem, niemal zmuszającym do refleksji, przesuwając dłonią po haftowanym obrusie.
Tak, Carla, to ten sam, który kiedyś dostałaś od swojej ukochanej babci. On cały czas tu był, bezpieczny w kredensie, czekał tylko na odpowiednią chwilę. Na pierścionek zawsze przyjdzie pora. Co prawda, to prawda. Już raz przyszła, ale potem ją sam odrzuciłem. Za to postaram się teraz, aby ona wróciła ze zdwojoną siłą. I to jak najszybciej. Najlepiej jutro, nawet jeśli będzie trzeba.
Ale dzisiaj witaj w domu, z powrotem. Bo on nadal należy też i do ciebie, nigdy nie zabraniałem ci tutaj przychodzić. I możesz tu przebywać, ile tylko chcesz.


- Dziękuję, że mnie zaprosiłeś. – mówi ciepłym tonem, wypełnionym po brzegi serdecznością i wdzięcznością, z której zawsze słynęła. – Muszę przyznać, że ciągle świetnie gotujesz. Było przepyszne. – dodaje, śmiejąc się w taki sposób, że nie jestem pewien, czy to odebrać jako komplement, dopijając do końca swój wysoki kieliszek.
Ale skoro zjadła ze smakiem wszystko, co do ostatniego kęsa, zbierając jeszcze kantem widelca pozostały sos, to chyba jednak to naprawdę był najszczerszy komplement. Musiało jej smakować. Duma urosła do chmur.
Biorę do ust kolejny łyk wina, delektując się jego wyrazistym smakiem. Bo jeszcze wcale tak niedawno, pijałem je nieraz w ilościach hurtowych, zajmując się wyłącznie kolejną porcją dodatkowych promili, kajających moje rozdarte na strzępy serducho, płaczące tak głośno, że czymś trzeba było je skutecznie zagłuszyć, a raczej zalać.
- Dobrze wiedzieć, bardzo mi miło. – odwzajemniam nieco nieśmiały uśmiech, wpatrując się w jej śliczne, radosne jak nigdy oczy. – I to ja dziękuję, że się zgodziłaś na taką propozycję. – dopowiadam spokojnie, żeby zrozumiała w stu procentach sens moich słów.
Zaproszenie to jedna strona medalu, ale trzeba się jeszcze jednak na nie zgodzić, aby zostało sfinalizowane. Tym bardziej, że kilkanaście tygodni temu taka sytuacja byłaby wręcz nie do pomyślenia. Życie jest wiecznym pasmem niespodzianek, codziennie się niemal o tym przekonuję. I Carla chyba też. Bo ja na razie, to ona jest największą z nich. Pod każdym względem. Niby nie sądziłem, że los, często nad wyraz dla mnie nieprzychylny i bezczelnie wredny, postawi mi na mojej drodze tak wspaniałą osóbkę. Która w dodatku będzie chciała nadal ze mną przebywać i gawędzić, pomimo tego świństwa, jakie jej zrobiłem, już praktycznie na samym finiszu autostrady do naszego długo wyczekiwanego ślubu. Anioł. Po prostu, zawsze o tym wiedziałem, że gdzieś ma te swoje maleńkie skrzydełka.
Uśmiecha się uroczo, gładząc dłońmi nieco odstające kosmyki włosów, które postanowiły uciec z mocnego uścisku frotki.
- Zostaw. – wtrącam nagle, zadziwiając taką zapalczywością do kontaktów wręcz samego siebie. – Tak również wyglądasz pięknie, nie musisz nic poprawiać.
Patrzy na mnie lekko zawstydzona i zmieszana, opuszczając jednak powoli ręce, kładąc je obok pustego już dawno talerza, spuszczając wzrok, jakby chciała zatuszować czerwieniące się słodko i niewinnie dołeczki, które zawsze uwielbiałem i nadal bezgranicznie uwielbiam. Carla, nawet nie wiesz, jak mi brakowało takich prostych, codziennych widoków. Cholernie. Jak przez te wszystkie długie miesiące było bez nich pusto, gdy nie mogłem już oglądać, jak reagujesz na moje słowa. Jak się czerwienisz, uśmiechasz jak mała dziewczynka, której ktoś obcy powiedział coś miłego.
- Myślałam ostatnio sporo o nas… - zaczyna niepewnie, zmieniając od razu ton głosu, zawieszając go, jakby bała się cokolwiek dalej powiedzieć.
Przesuwa dłonią po twarzy, zwężając usta w maksymalnie wąską linię, oddychając coraz ciężej. Carla? Co się dzieje? O czym myślałaś? Coś wiążącego?
Czy stwierdziłaś jednak, że nie chcesz mnie dalej znać, że lepiej będzie, jeśli definitywnie się rozstaniemy, stracimy kontakt, zapominając o swoim wzajemnym istnieniu?
Czy stwierdziłaś, że może zostaniemy przyjaciółmi, takimi od serca, nie idąc już dalej w nic mocniejszego i trwalszego, w żadną poważniejszą relację, bo jak to mawiają, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?
Ja mam nadzieję, ta rzeka, którą zanieczyściłem swoim skokiem w bok, bardzo zresztą kosztownym, już jest czysta, z nieskazitelną wodą. I że jednak nie złamiesz mnie swoim ponownym odejściem, bo tego bym raczej już nie przeżył. I tak dostałem już jakby drugie życie, właśnie po to, aby naprawić poprzednie.
- Ja też. – odpowiadam w zamian, nieco przekornie, odchrząkując nerwowo.
Ale ja nie myślałem ostatnio, jak ty. Ja myślałem intensywnie, niemalże bez wytchnienia non stop, momentami naprawdę aż się tym zadręczając, bo wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju, gryząc coraz to boleśniej, tak na dobitkę, abym przypadkiem nie wstał psychicznie i się z tego nie podniósł. A mimo to udało mi się, odradzając się do chwili obecnej.
Unosi raptownie wzrok tych swoich ożywionych tęczówek, jakby była zaskoczona moim krótkim wyznaniem, o którym zresztą na pewno wiedziała albo przynajmniej się domyślała. Otwiera usta, by coś dodać, ale w ostatniej chwili je zamyka, wahając się ostatecznie, wzdychając prawie bezgłośnie.
- Może… spróbujemy jeszcze raz? – mówi cicho, nieco speszona. – Chyba oboje zrozumieliśmy już swoje błędy. – uśmiecha się nieznacznie unosząc kąciki, zerkając na mnie w dość wymowny sposób.
Carla, ja już następnego dnia naszej katorżniczej dla mnie rozłąki, zrozumiałem swój błąd, ale nie dałaś mi szansy, abym go od razu mógł uratować, wyrywając mi z rąk wszelkie atrybuty, chociażby możliwość wytłumaczenia się, chociaż wcale się nie dziwię, że nie miałaś ochoty mnie słuchać.
I to „może”.
Znowu to magiczne słowo, czasami momentalnie zmieniające postać rzeczy. Doskonale pamiętam, jak wypowiadałaś je wtedy, zanim się wyprowadziłaś. Każdy akcent, każdą sylabę. Cały czas wierzyłem, że to może kiedyś wreszcie nadejdzie. I chyba właśnie nadeszło.
Może spróbujemy… oczywiście, musimy! Innej opcji w ogóle nie widzę. Czyli jednak mnie nie znienawidziła, nie zostaniemy jakimiś zwyczajnymi przyjaciółmi. Mamy za to jeszcze raz odnaleźć siebie w tym morzu problemów, które na nas sprowadziłem. Obiecuję, postaram się z całego serca, z całych swoich sił, aby ta próba okazała się udana.
Milczę jednak, nie mogąc znaleźć w głowie za bardzo jakiejkolwiek odpowiedzi, która pasowałaby do fali radości, przechodzącej przez moje podekscytowane ciało, mające wielką ochotę skakać z tej euforii do nieba, ściągając dla niej z niego najpiękniejsze gwiazdy. Uśmiecham się szeroko, siłą woli chowając wybijające się szybko łzy, chwytając jej ciepłą, kruchutką dłoń, całując delikatnie, dając jej czytelny znak, że się zgadzam.
Chyba nawet nie miałbym serca odmówić. Zapłakałoby się na śmierć, gdybym to mu zrobił. I przy okazji sam sobie bym tego nigdy nie wybaczył.


Przesuwam dotykiem po jej nagim ciele, napinającym się seksownie pod jego wpływem, łapiąc zachłannym wzrokiem takie łakome obrazki, za którymi naprawdę się stęskniłem jak cholera. Ale przede wszystkim, za jej skórą, idealnie współgrającą z moją, oddającą się bez reszty za każdym razem. Słyszę, jak wszechobecną ciszę później już nocy, niezagłuszoną żadnymi dźwiękami zza uchylonych nieco okiennic, przerywają jej coraz głośniejsze i cięższe oddechy, chwilami przekraczające pewną granicę i przeistaczające się w ciche jęki. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, jak bardzo brakowało mi takich momentów. Jak bardzo brakowało mi Carli, która tyle czasu trzymała mnie na kilometrowy dystans niechęci, nie pozwalając się nawet delikatnie dotknąć, na co od razu reagowała gwałtownymi zrywami.
A dziś? Obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Całkowicie. Zero protestów, tylko akceptacja. Bo chyba też na nowo nauczyliśmy się akceptować swoją bliską obecność. Czułymi pocałunkami wędruję z jej malinowych, rozgrzanych do czerwoności ust, w kierunku szyi, którą zawsze wielbiłem całować do oporu, zapatrując się przy okazji w powiększający się uśmiech zadowolenia na jej twarzy. Teraz też taki jest, jak zwykle. Uśmiecha się szeroko, zaciskając przy tym mocno powieki, jakby wolała mnie czuć niż widzieć. Jakby w pełni zdawała się tylko na moje kolejne wybory i kolejne, coraz intensywniejsze pocałunki, zjeżdżające ku uginającej się talii.
Boże, dlaczego kazałeś mi tak długo czekać, abym mógł to robić bez żadnych ograniczeń z tą odpowiednią osobą, a nie jakąś przypadkową, w dodatku tak perfidną? Ale warto było czekać. Chociażby po to, by znów móc oglądać ją w całej okazałości, która była zawsze zarezerwowana wyłącznie dla mnie. I chociażby po to, aby ponownie zatracać się w szarościach jej błyszczących tęczówek, zapatrzonych nagle we mnie, gdy tylko na chwilę odrywam się od jej ciała, jakby dawała mi ostatecznie pozwolenie na coś o wiele śmielszego.
Carla, gdybyś tylko wiedziała, jak ja cię cholernie kocham. I jak cały czas kochałem, bo przecież nigdy nie przestałem. A teraz ty ulegasz mi się w zamian w pełni, doskonale komponując się z każdym moich ruchem, po raz kolejny dziurawiąc tą błogą ciszę wydawanymi przez siebie westchnieniami, które są niemal jak balsam na moje poranione dotychczas uszy, jak upragniona nagroda.
Mówiłem, że oddałbym wszystko, aby znów móc być z tobą, prawda?
Właśnie oddaję i oddawałem. Całe swoje serce, bijące nadal w rytm twojego, nie odstępując mu ani na sekundę. Cały swój czas, który poświęciłem, aby znów złapać z tobą tą przerwaną nić porozumienia. Ale też i to, co najważniejsze.
Całego siebie. Bo przecież zawsze byłem tylko twój. I zawsze będę.
Obiecuję…

~~~~~~~~
Hellow, god dag!

Cóż… wszystko ma swój początek i koniec. Właśnie w historii Carli i Kennetha nadeszła pora na to drugie. Ale chyba oboje dotarli do szczęśliwego końca. Mają siebie. Ponownie.

To najdłuższy rozdział, jaki kiedykolwiek udało mi się naskrobać. Nie miałam serca tutaj niczego skracać, każdy akapit wydawał mi się w jakiś sposób ważny. Mam nadzieję, że Was w tej kwestii nie zawiodłam.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie była łatwa historia. Że Kenny mógł momentami nieźle irytować, denerwować swoim zachowaniem i płaczliwością, ale czyż nie tak postępuje człowiek, który kogoś skrzywdził i teraz chce to za wszelką cenę naprawić, choć to nie jest takie proste, jakby mogło mu się to z początku wydawać? Zdrada jest jednak trudną sprawą, z którą nie każdy sobie radzi. Nie każdy ma na tyle mocną psychikę, aby to znieść i wrócić ot tak do normalnego życia.

Dziękuję za obecność tutaj podczas tych ostatnich kilku miesięcy. Znów spędziliście ze mną kolejny rok. Podziwiam Was, że daliście radę. Należą Wam się ogromne gratulacje. Jest mi trochę przykro, że podczas tych końcowych rozdziałów aktywność spadła, wyświetlenia i komentarze poszły w dół, ale rozumiem doskonale, że nie samym blogowaniem człowiek żyje. Że jednak blogger też się odrobinę zmienił.

Z reguły w tym momencie notki zapraszałam Was na coś premierowego, ale tym razem niestety nie przygotowałam już niczego nowego. Sporo zastanawiałam się nad tym wszystkim i doszłam do wniosku, że mój czas tutaj chyba powoli dobiega końca. Studia zabierają mi naprawdę dużo energii, której resztki trudno wykrzesać jeszcze na pisanie. Ale też szczerze mówiąc, mam wrażenie, że się wypaliłam w tej „branży”, jaką są opowiadania fanfiction.

Przyznam, że teraz chciałabym spróbować swoich sił w czymś w pełni autorskim. Takim od początku do końca. Stworzyć coś, co nadawałoby się do tego, aby iść z tym o krok dalej. Któraś z Was dawno temu zapytała mnie, czy planuję wydać książkę. Wówczas napisałam, że raczej nie, jednak… w ostatnich tygodniach dość mocno o tym myślałam i stwierdziłam, że kto nie ryzykuje, ten niczego nie osiąga. Że może warto by było się odważyć? Że może kiedyś coś się uda. Zobaczymy.

Nie pozostaje mi zatem w tym momencie nic innego, jak podziękować. Za tych kilka naprawdę pięknych lat, które sporo we mnie samej zmieniły. Dzięki tym skocznym, wyimaginowanym historiom mogłam podzielić się z kimś swoją pasją, mogłam niejednokrotnie śmiać się i wzruszać przy czytaniu Waszych komentarzy, które zawsze licznie po sobie pozostawiałyście. Ale przede wszystkim mogłam poznać wielu wspaniałych ludzi, z którymi w niektórych przypadkach przyszło mi się zobaczyć także na żywo lub zamienić chociaż parę prywatnych słów na jakimś z portali. Sport naprawdę łączy, nawet przez ten blogowy światek.

Szkoda, że nie mogę każdej z Was uściskać z osobna, bo mam na to ogromną ochotę… Dziękuję za wszystko. Po prostu. Do zobaczenia może jeszcze kiedyś! 

Jeśli chciałybyście mieć ze mną jakiś kontakt (możecie też zostawić namiary na siebie), to zapraszam tutaj:
Instagram: anetteclaire
GG: 53058690

Rzadko odpowiadałam na komentarze, ale... tym razem zrobię wyjątek. Tak na pożegnanie. Piszcie, co Wam w duszy gra 

Buziaki, wasza Anette