piątek, 16 czerwca 2017

# 15


Otwieram niemal odruchowo usta z paraliżującego mnie po każdy centymetr ciała zdziwienia, wywołanego słowami mamy.
Widziała ją, spotkała przelotem, idąc do mnie.
Przed chwilą, przy rynku, który jest niecały kilometr od mojego domu.
Ale… przecież wyjechała, na jakiś czas. Tak pisała! I co? Już wróciła? Tak szybko? Minęły raptem niecałe dwa tygodnie, a w ciągu nich nazbierało się tyle rozmaitych i trudnych wydarzeń. Najpierw ta nieszczęsna wiadomość od Carli, wyprowadzająca mnie całkowicie z jakiejkolwiek równowagi. Potem jej zniknięcie, pierwszy nieudany konkurs, w drugim ten cholerny wypadek, który nadal czuję gdzieś po kościach. A teraz… nagły zwrot akcji? Zaczynamy cyrk od początku? Nie potrafię tego sobie poukładać jakoś, przynajmniej względnie, logicznie, bo nic mi do niczego w tej dziwnej, porozrzucanej układance nie pasuje, ani jeden fragment.
O co jej tak naprawdę chodzi? Bawi się ze mną w jakieś głupie gierki, jak rozochocona emocjonalnie małolata, nie wiedząca, czego chce od życia. A przecież z nastoletniego wieku już dawno wyrosła, powinna być odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale zapomnieć nieco o egoizmie i zając się pod tym kątem naszą córką, potrzebującą dużej porcji bezpieczeństwa. A może sprawdza mnie na polu doświadczalnym, które sobie wymyśliła? Może czeka aż sam się wykończę psychicznie? Jeśli tak, właśnie to sobie założyła od początku, to będę musiał jej złożyć osobiście gratulacje, bo jestem bardzo bliski tego celu. Pani psychika niedługo wywiesi łopoczącą, białą flagę i będzie po sprawie. Misja zakończona sprowadzeniem mnie do umysłowego dołka, którego raczej nikt mnie nie wyciągnie.
- Jesteś pewna, że to była akurat ona? – pytam z entuzjazmem w głosie, mieszającym się nadal z dezorientacją, patrząc w jej zaniepokojone moim nagłym ożywieniem oczy.
Tak, Kenneth, twoja własna matka, dla której zawsze byłeś istnym oczkiem w głowie, która zna cię niemalże na wylot, w ogóle nie wyczuje, że coś jest wyraźnie na rzeczy, że nie pytasz tak bezinteresownie i ze zwykłej ciekawości, no nie? W co ty chłopaku wierzysz, co?
- Tak, jestem pewna. – odpowiada stanowczo i błyskawicznie, ucinając moje wewnętrzne spekulacje. – To na sto procent była ona. – dodaje, zerkając na mnie chłodno, jakby z pogardą.
Dobrze wiem, co znaczy ten jej niezbyt sympatyczny wzrok. Właśnie takim zawsze obdarowywała po kątach Carlę, myśląc naiwnie, że niczego nie dostrzegam. Że nie zdaję sobie sprawy, jak bardzo jej nie toleruje, pomimo faktu, że Carla nigdy nie powiedziała na nią ani pół złego słówka, puentując swoją sympatię do niej w samych superlatywach. Tego do dziś nie rozumiem. Tej całej niechęci. Co ona sobie myślała? Że wiecznie będę się trzymał maminej spódnicy, kurczowo ściskając jej kant, aby go przypadkiem nie puścić? Była w ogromnym błędzie. Synek mamusi chciał wyfrunąć, założyć własną rodzinę i żyć na własny rachunek, czego nie umiała tyle czasu jasno i bez konfliktów zaakceptować.
Patrzę na nią, starając się nie uśmiechnąć z zadowolenia, ze szczęścia i euforii, która powoli zaczyna krążyć po żyłach, rozsadzając je swoją pozytywną energią, chcąc wyrzucić kolejne słowa, kolejne relacje.
Biorę od mamy dwie zakupami, które jak mniemam, zrobiła specjalnie dla mnie, pakując masę smakołyków, żeby mnie utuczyć, idąc za nią do kuchni. Zdejmuje z siebie cienką narzutkę, rozpakowując wszystko, chociaż doskonale wie, że sam też dałbym sobie radę, ale na siłę próbuję się jej w to nie wtrącać.
- W dodatku z jakimś dzieckiem. – mówi dalej nieprzyjemny, wręcz szyderczym tonem. – Szybko się panna pocieszyła, nie ma co. – kontynuuje, kręcąc głową, nieznacznie unosząc wymownie kąciki ust.
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła. I pomyśleć, że ramkę ze zdjęciem zdjąłem przed wylotem, żeby przy ewentualnych kontrolnych wizytach jej nie zauważyła, bo chyba rozpętałaby prawdziwą wojnę.
Szybko się pocieszyła. Nie, mamo. To ja szybko się pocieszyłem. Wykorzystałem swoją głupotę, a ona nie pozostała mi dłużna, podstawiając na mojej drodze wyrachowaną Astrid, mającą też swoje chytre plany. A to dziecko… to twoja wnuczka, wiesz? Emma. Mała kruszynka, z którą nie mogę być dwadzieścia cztery godziny na dobę i obserwować jej każdego najmniejszego grymasu niezadowolenia, pierwszych drobnych uśmieszków pełnych słodkości, słyszeć jej gaworzenia i płaczu, nosić na rękach i wsłuchiwać się w jej cichy oddech, gdy zasypia. Choć bardzo, cholernie, bym tego chciał. Pragnę, by nosiła moje nazwisko, by była też w pełni moja.
Ale to niemożliwe. Przynajmniej na razie, dopóki nie naprawię swoich podłych grzechów, przez które istnieje taki, a nie inny stan rzeczy. Bo kiedyś może je wreszcie naprawię. A ja ciągle w to odkupienie win uparcie wierzę. Dobrze, że i nadzieja jest przybraną matką głupców, ale ja wolę być jednym z nich niż nie mieć jej wcale. Co innego mi pozostało? Chociaż jej maleńki promyczek nadal się tli i nie gaśnie. Czeka na mnie. I na konkretne czyny.
A ty, mamo… kiedyś też poznasz Emmę, na pewno już ja się o to postaram. Pokochasz ją całym sercem, nawet tak stwardniałym wobec Carli. Ale nie teraz, przyjdzie na to odpowiedni czas. Bo Emma jest też przecież moją córeczką, częścią mnie. A tego nic nigdy nie zmieni, nieprawdaż?
- Chcesz coś do picia? – odzywam się już o wiele spokojnie, ustawiając poplątane myśli we właściwej kolejności, otwierając szafkę.


***


Bez ryzyka nie ma zabawy, jak to niektórzy zgrabnie mawiają. W moim przypadku wielka zabawa akurat za bardzo nie wchodzi w rachubę, nawet nie biorę jej pod uwagi w całkowitym rozrachunku. Jak już, to powinienem zaprzyjaźnić się teraz na dobre z ryzykiem, chociażby minimalnym.
I nie mówię tu o ryzyku pod kątem zawodowym, bo to jest wpisane w mój sportowy zawód, jakim przecież są skoki. Tutaj ryzyko jest na porządku dziennym, niemalże na każdym kroku. Zły ruch, złe stąpnięcie, może wywołać kontuzję, chociażby błahą i teoretycznie mało istotną, która jednak w rzeczywistości może mnie wyeliminować na parę startów. Złe wybicie z progu może spowodować złą trajektorię lotu, sprowadzającą na mnie spore niebezpieczeństwo, grożące za to bardzo ciężkim upadkiem, jak to zresztą miało niedawno miejsce z powodu zawodzącego też i czasem sprzętu. Wszędzie ryzyko. A jego nie jesteśmy w stanie ominąć. Ono zawsze jest i będzie. Trzeba się z taką ewentualnością pogodzić i zapisać gdzieś w tyle głowy, aby przez przypadek i napływ adrenaliny czy przy innym wyskoku, o nim jednak nie zapomnieć i go nie lekceważyć.
Jednak tutaj chodzi o zupełnie inny rodzaj, na innym biegunie. O ryzyko w kwestii Carli. Prawdopodobnie to jest ostatnia rzecz, wliczając jeszcze do tego wszechobecną matkę nadzieję, ciągle podającą mi serdeczną dłoń, która cały czas przy mnie trwa bez wytchnienia. Albo zaryzykuję i próbuję dalej na własną rękę coś konkretniejszego wskórać w naszych porozbijanych w drobny mak relacjach, albo siedzę i czekam na cud, a nuż się jakiś wydarzy, przyjdzie do mnie i wyciągnie za uszy do działania, prowadząc jeszcze krok po kroku, bo sam się nie ruszę.
To co, Kenneth, w takim razie wybierasz? Chyba to pierwsze, prawda? Nie powinienem się w ogóle nad tych długo zastanawiać i zasiewać dodatkowych ziaren niepewności, to bez sensu. Wtedy sam siebie demobilizuję do działania. Nieźle. Po prostu cudownie.
Dalej, podnoś te swoje kościste, niekształtne cztery litery, siedzące uparcie bezczynnie na tej kanapie i do roboty! Nikt za ciebie tego nie zrobi, to leży tylko i wyłącznie w twoich rękach. A nawet jeśli znalazłaby się jakaś odważna osoba, zbuntowana i chętna, to ja i tak wolę tą sprawę załatwić indywidualnie. W pojedynkę, w dwie pary oczu, bez zbędnych świadków. Jeszcze ktoś by coś zepsuł. Sam wystarczająco dużo narobiłem problemów i zniszczyłem zbyt wiele rzeczy. Nie mogę się wysługiwać innymi jak jakiś tani tchórz bez grosza pokory.

Wsiadam do auta, rozmijając się znowu na rozstaju dróg ze swoimi skołatanymi, krzyczącymi w niebogłosy myślami, robiącymi mi tam raban i niekończącą się sieczkę. A co, jeśli mama się pomyliła? To może wcale nie była Carla? Może pomyliła ją z kimś bardzo podobnym? Ale szczerze, jakoś nie wierzę w aż taką pomyłkę. Przecież nie jest ślepa i niedołężna, żeby nie rozpoznawać ludzi.
Całą drogę zastanawiam się też, a może przede wszystkim, czy ona w ogóle będzie chciała ze mną się widzieć. Moja ostatnia niezapowiedziana wizyta w jej domu, który raczej starała się przede mną ukryć, żebym się nie dowiedział o jego położeniu, ale ubiegł ją sprytnie Anders i jego zapewne „tajna” spółka szpiegowska, nie zakończyła się zbyt dobrze. Grzecznie wyprosiła mnie za drzwi pod równie grzecznym pretekstem, chociaż pewnie gdyby miała w sobie mniej kultury i takiej kobiecej gracji, której nigdy jej nie brakowało w zachowaniu, to wyrzuciłaby mnie, krótko mówiąc, na tak zwany zbity pysk, zatrzaskując jeszcze przy okazji furtkę przed nosem na cztery spusty. Ale tego nie zrobiła. Cała ona. Nawet w złości i agresji starała się nie rzucać wulgarnymi przecinkami. Ewenement, ja niestety rzadko kiedy umiem tak dobrze i wręcz nienagannie, trzymać nerwy na wodzy.
Parkuję pod doskonale mi znanym już niemal na pamięć adresem, przekręcając powoli kluczyk w stacyjce i zaglądając niepewnie przez lekko przyciemnioną szybę. Czy to wszystko w ogóle ma jakikolwiek sens? Po co ciągle ją tak nachodzę i męczę, skoro ona wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nic już nas nie łączy, że ma mnie serdecznie dość, a jedną osóbką, która jest między nami, jest tylko malutka Emma, która nie powinna być w żaden sposób częścią tego całego przedstawienia.
Kenneth, teraz panikujesz? Na samej mecie? Nie wstyd ci? Może dlatego to wszystko tak niezmordowanie robię i równie niezmordowanie drążę temat, bo… po prostu nadal mi na niej zależy i ciągle ją cholernie kocham, choć ja już na tą miłość z jej strony nie do końca zasługuję?
Odnoszę wrażenie, jakbym miał przy okazji to mityczne deja vu. Wtedy też parkowałem w taki sam sposób, pełen wątpliwości. Wtedy też stałem pod drzwiami, naciskając kilkakrotnie przycisk dzwonka, jak natrętny kurier, czekając, aż te drzwi w końcu ktoś otworzy, aż ujrzę w nich jej postać.
Ale wtedy też nikt nie otwierał… Chociaż to akurat jest najmniej sympatycznie wspomnienie. Wzdycham głęboko z bezradności, uderzając opadającymi rękoma o uda. Może jej nie ma? Może wcale nie wróciła?
Kenneth, znowu zaczynasz sam rozwijać te kretyńskie wątpliwości? A może po prostu, najzwyczajniej na świecie gdzie wyszła? Przecież nie musi ciągle siedzieć zamknięta w domu. Też ma prawo do poruszania się. Nie jest niczyim więźniem. Szkoda tylko, że aktualnie to ja jestem więźniem własnych uczuć, miotającym mną we wszystkie strony.
Identycznie, tak samo jak wtedy, obracam się zrezygnowany na pięcie, gotowy już do odejścia i natychmiastowego powrotu, stroniąc cudem od wybuchu płaczem. I zupełnie, jak wtedy, ostatecznie… zastaję ją nagle przed swoimi oczyma. Kopia prawie idealna. Tym razem jednak nie stoi zaskoczona w drzwiach, ale z wózkiem obok małego krzaczka przy bramie, zamykając ją cicho, spoglądając podejrzanie w moją stronę. Chyba wraca z jakichś zakupów, w koszyczku leżą trzy siateczki.
- Co ty tu robisz? – rzuca nieco piskliwym tonem, podchodząc bliżej, pchając przed sobą głęboki wózek Emmy.
- To samo pytanie mógłbym zadać tobie. – odpieram subtelnym atakiem, unosząc jedną brew ku górze. – Miałaś niby wyjechać.
Zauważam, jak jej oczy stają się coraz bardziej zlęknione i niedostępne. Niby… Na pewno wyjechała, a nie niby. Ale… Może w tej sprawie też nie była ze mną do końca szczera? Przecież nie wiem, czy faktycznie gdziekolwiek wyjechała.
- Ale już wróciłam. – uśmiecha się kącikiem lekko kąśliwie, przechodząc stanowczo obok, niemal przed moim nosem, jakby jednak mnie wcale nie zauważała.
Chwilowo stałem się dla niej powietrzem. Po prostu zawsze o tym marzyłem. Podążam za nią uparcie wzrokiem, obserwując każdy drobny ruch. To, jak idzie, jak stawia szybkie korki, jak wyciąga z małej torebki klucze od mieszkania z błękitnym breloczkiem w kształcie przełamanego serca.
Czyżby jakaś zakamuflowana sugestia, co do mnie?
- O Kuusamo też po drodze zahaczyłaś? – dopowiadam nieco ironicznie, próbując cokolwiek od niej wydusić.
Odwraca głowę w moją stronę, unikając jakby usilnie kontaktu, skupiając swoje rozbiegane źrenice na moich ustach.
- Też. – odchrząkuje co najmniej znacząco, nerwowo zakładając spadający kosmyk włosów za trochę zaczerwienione z zimna uszy.
Przyznała się. Definitywnie usłyszałem ten dźwięk jej strun głosowych, złożonych w to króciutkie słowo, ale jakby dla mnie znamienne. Była w Finlandii, była na skoczni, obserwowała mnie. Szukała jakiegokolwiek kontaktu. Wątpię, że pojechała tam tak zupełnie po prostu, przypadkowo. Na pewno nie jechałaby taki kawał drogi na wschód na darmo.
Mam cię, skarbie. Jeden element tej dziwnej układanki, którą ona rozpoczęła, odsłonięty. Ale tylko teoretycznie. Przed nami jeszcze długa praktyka. Otwiera niemal bezszelestnie drzwi, nie stawiające większych oporów, wjeżdżając najpierw przez dość wysoki próg wózkiem. Chcę jej pomóc, ale szybko otrzymuję w zamian jednoznacznie, wrogie spojrzenie, że mam nawet się po to nie fatygować.
Zawsze taka była. Delikatna, ale nie lubiła jednocześnie, gdy ktoś ją wyręczał, męczyła się tak długo, aż w końcu to zrobiła do końca. Uparta do skutku.
To co, zamkniesz mi drzwi przed nosem, zatrzaśniesz je, jak ostatnim razem? Lustruje mnie pytającym, niecodziennym spojrzeniem, przytrzymując ręką tą drewnianą płytę. Uśmiecha się nieznacznie, jakby sztucznie, jednak teraz widać w tym grymasie o wiele więcej serdeczności i chęci jakiekolwiek współpracy.
- Wejdziesz? – mówi po chwili, zatapiając swój przenikliwy wzrok tych szarych, zachłannych tęczówek, w moich niebieskich, zmarzniętych oczekiwaniem na jej konkretny, milowy krok.
Ależ pytanie. Oczywiście. Nie wyrzuca mnie. Wpuszcza. Zaprasza do siebie. Do swojego… życia? Jeden cel osiągnięty, pozostało jeszcze kilkanaście, zdecydowanie ważniejszych.

- Możemy wreszcie porozmawiać, jak ludzie? – odzywam się cicho i niepewnie, jakbym bał się tej nieuchronnej dyskusji, podczas gdy ona stawia przede mną na szklanej ławie filiżankę gorącej małej czarnej, siadając naprzeciwko.
Dokładnie tak, jak wtedy…
Nadal celowo utrzymuje pewien dystans, widzę to.
- Czyli o czym? – upija pierwszy łyk, trzymając tą bialutką filiżankę w kwiatki blisko warg, jakby chciała z niej zrobić barierę ochronną.
Ja nie zamierzam utrzymywać dystansu. Mój już dawno nie ma tych sztywnych, niewygodnych ram. Bezpośrednio albo wcale. Co wybierasz, Gangnes? Pamiętaj, telefon do przyjaciela jest niedostępny, musisz sobie radzić całkowicie sam, więc na co czekasz, na prywatne zaproszenie?
- O nas. – odpowiadam wyraźnie, żeby dobrze mnie zrozumiała, spoglądając na nią wymownie aż do bólu. – Przestań mnie w końcu oszukiwać, Carla. Przestań oszukiwać… samą siebie. W co ty się ze mną bawisz, co? Myślisz, że jestem aż tak naiwny, że niczego nie zauważam? – kontynuuję, prawie na jednym tchu, aby nie stracić swojej słomianej zwykle stanowczości i się gdzieś nie zająknąć w tym wymyślonym na poczekaniu scenariuszu.
Dotychczas takie teksty słyszałem wyłącznie w filmach, wliczając w to te wszystkie komedie romantyczne, oglądane wieczorami z przymusu. I nigdy bym się nie spodziewał, że przyjdzie mi takie mówić naprawdę. Szkoda, że ten scenariusz nie jest dla mnie napisany do końca. Przynajmniej znałbym w pełni zakończenie i uniknąłbym ewentualnych rozczarowań, bo na pewno jakieś na tej wyboistej drodze się pojawią.
Bierze kolejny, głośny łyk, biegając wyraźnie zdenerwowanym wzrokiem po wszystkich czterech ścianach tego niewielkiego saloniku, zatrzymując go na najpierw na śpiącej w specjalnym łóżeczku w zacisznym rogu Emmie, po paru sekundach przenosząc go jednak na moją, równie zdenerwowaną i zestresowaną twarz, blednącą coraz szybciej.
- Dobrze, wszystko ci wytłumaczę. – zaczyna, wzdychając lekko, nieskładnie łącząc sylaby, przysuwając się bliżej, łamiąc ostatecznie tą granicę, którą sama sobie przeciwko mnie wybudowała. – Tylko mi nie przerywaj, skoro aż tak ci zależy.
Zależy, jak jasna cholera. Będę milczał jak ten przysłowiowy grób, masz to jak w banku. Mogę milczeć nawet do jutra, jeśli zajdzie taka potrzeba. Byle się tego w końcu dowiedzieć, u źródła. Źródła, którego tyle czasu szukałem.
- W porządku. – mówię półszeptem, uśmiechając się lekko i ciepło, chociaż mam ochotę zrobić to dużo szerzej. – Zamieniam się w słuch.
I przy okazji uwiesić jej się z radości na szyi. Że postanowiła nareszcie zedrzeć z siebie tą skorupę niechęci, że dała mi szansę dotrzeć do swojego ukrywanego skrzętnie wnętrza. Mów, ja słucham. I to nie jak zepsutego radia. Z uwagą, przyrzekam. Opieram się plecami o miękki tył sofy, splątując na klatce piersiowej mimowolnie drgające z przejęcia ręce.
- Tak naprawdę to z nikim się… nie spotykam. I z nikim się nie spotykałam od czasu naszego rozstania. – zaczyna, z trudem przełykając przepływającą ślinę, zakładając niespokojnie nogę na nogę, pstrykając palcami u rąk. – Nie chciałam się do ciebie w żaden sposób zbliżać, bo nie potrafię ci po prostu na nowo zaufać, rozumiesz? Zbyt mocno mnie wtedy skrzywdziłeś.
Wiedziałem! Wiedziałem, że ta cała historia była fałszywa. Johann miał rację.
Ale nie, nie rozumiem.
Nie rozumiem, dlaczego mówi mi o tym dopiero teraz. Po co w takim razie były te wszystkie kłamstwa? Po co? Aż mnie usta świerzbią, aby zadać jej to pytanie. Zagryzam jednak je, nie wydając z siebie ani jednego dźwięku. Miałeś nie przerywać, nie pamiętasz? Obiecałeś. Później będziesz się wykłócać o swoje racje.
- Ta cała wyprowadzka była na początku według mnie jedynym dobrym rozwiązaniem, czystym impulsem. Chciałam cię ukarać, żebyś też cierpiał, żebyś też płakał tak jak ja. Kochałam cię na zabój, ale jednocześnie nienawidziłam do szpiku kości w tej samej sekundzie, nie mogłam na ciebie patrzeć, brzydziłam się tobą. – mówi dalej, a ja dostrzegam w jej smutniejących oczach pierwsze, drobne łzy… wzruszenia, zamyślenia? – Dopiero potem zaczęłam się nad tym porządnie zastanawiać, czy to na pewno był dobry ruch. Zwątpiłam. Ale nie chciałam się do tego przyznać, przed samą sobą. Gdybym następnego dnia wróciła do ciebie z płaczem, wyszłabym na jakąś idiotkę. Chciałam ci udowodnić, że jestem twarda, że sama sobie poradzę, że ciebie do niczego nie potrzebuję.
Spuszczam wzrok, wbijając go w podłogę. Czyli… miała zamiar wrócić, bo nadal coś do mnie czuła, mimo ogromnego żalu, ale się wstydziła? Nie, nie rozumiem. Chyba jestem zbyt głupi, aby zrozumieć. Przecieram dłonią twarz, czując, jak policzka zamieniają się w dwa rozżarzone palącym płomieniem pola. Za dużo trudnych informacji na raz. Nie jestem przygotowany na takie rewelacje.
- Próbowałam cię wyrzucić ze swojego życia, zapomnieć o tobie, wymazać wszystkie wspomnienia, spalić każdą pamiątkę… ale nie umiałam. I nadal nie umiem, wiesz? – tłumaczy mi po kolei dalej, przygryzając drgające wargi, jakby była bliska płaczu.
Carla, płacz, jeśli masz taką potrzebę. Popłaczemy razem, z chęcią się przyłączę.
- Zbyt wiele lat spędziliśmy razem, abym tak to po prostu wykasowała. Ciągle czuję cię gdzieś w moim sercu, chociaż tak bardzo zraniłeś je tą cholerną zdradą. Nawet nie wiesz, ile to mnie kosztowało nerwów. Jak było mi trudno z myślą, że poszedłeś do łóżka z inną, zupełnie przypadkową, że cały kraj się o tym potem dowiedział, wystawiając mnie na pośmiewisko. Ale mimo to… serca jednak nie można oszukać. I tak, masz rację. Próbowałam to zrobić, ale ten powrót do Norwegii sporo zmienił, potrzebowałam czasu. A ten ostatni wyjazd, nieważne, gdzie konkretnie, to nieistotne, dodatkowo mnie utwierdził w moich początkowych przekonaniach.
Jest jeden, mały szkopuł. Teraz to ja potrzebuję czasu, aby to jakoś w miarę poukładać, porządnie przetrawić. Ale nie wiem, ile to potrwa. Tydzień, miesiąc… może dłużej. Podnoszę głowę z powrotem, zauważając jej lekką konsternację, mieszającą się z ulgą, że wreszcie to wszystko powiedziała. Spowiedź, wewnętrze oczyszczenie zakończone. Ale za bardzo nie wiem, co ja mam teraz powiedzieć, co będzie odpowiednie. Chyba w mojej głowie zmniejszył się zasób słów, bo żadne aktualnie nie odzwierciedla tego, co czuję.


Zamykam za sobą drzwi, zastając w środku zupełną ciszę. Coś, czego akurat potrzebowałem, żeby tą sprawę na spokojnie przemyśleć, już we własnym mieszkaniu. Po swojemu, bez tych wszystkich emocji, fruwających gęsto w powietrzu.
Zdejmuję kurtkę, w ostatniej chwili łapiąc wypadający z kieszeni telefon, zauważając migającą diodkę.
Wiadomość.
Niedawna.

Dziękuję, że przyjechałeś. I za to, że… po prostu byłeś.

Nie, Carla. To ja dziękuję, że dałaś mi szansę i wszystko opowiedziałaś, co przez ten czas się u ciebie działo. Że po raz kolejny mi jednak zaufałaś, mimo tych wielu uprzedzeń i nieporozumień.


~~~~~~~~
Hellow, god morgen!

Jak Wam mija ten długi, czerwcowy weekend? Dziękuję za obecność przy poprzednim rozdziale, miło wiedzieć, że nadal ktoś czyta tą historię, której koniec jest już zdecydowanie bliżej niż jej początek…

Ostatnio kłopoty i przede wszystkim życie, nie oszczędzało Kennetha… ale chyba w końcu zaświeciły dla niego jakieś maleńkie promyczki nadziei. Co myślicie o Carli? Zgadzacie się z jej rozumowaniem czy jednak cały czas uważacie, że postępuje nie do końca dobrze i uczciwie? Czekam na Wasze niezawodne opinie

Tak w ogóle, to do LGP pozostało już coraz mniej czasu, niespełna miesiąc. Kto się wybiera?

Na koniec mam jeszcze małą informację, odnośnie szesnastego rozdziału. Niestety, teraz zaczął się dla mnie na uczelni cholernie gorący okres, sesja nabiera kolorów, a mój jakikolwiek wolny czas topnieje w oczach, więc… nie pogniewacie się, jeśli pojawi się on dopiero za trzy tygodnie? Tak w sam raz na rozpoczęcie wakacji? :)

Do napisania ^^
Buziaki, Anette :**


Czytasz = komentujesz = motywujesz

14 komentarzy:

  1. Cudo. <3
    Dawno mnie nie było. ;)
    Czekam na następny rozdział.
    Buziak. ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem :)
    Kochana następny za trzy tygodnie? No to chyba jakieś żarty.. ja tyle nie wytrzymam! Może jeszcze przemyślisz swoją decyzję?
    Ten rozdział to taki chyba najbardziej przełomowy. Carla postanowiła opowiedzieć wszystko i bardzo dobrze. Ja akurat potrafię zrozumieć jej postępowanie. Może nie było to do końca uczciwe, ale zraniona dziewczyna stara się złapać wszystkiego, co się tylko da. Nie wiem, jak będzie dalej między nimi, ale naprawdę życzę im wszystkiego, co najlepsze. Każdemu z nich należy się coś dobrego tym razem :)
    Czekam Kochana na kolejny.
    Buziaki ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałaś rację pisząc o przełomie, bo ten rozdział wiele wyjaśnia, przede wszystkim zachowanie Carli. Przyznam, że powoli zaczynała mnie irytować, jednak mając wszystkie elementy w układance o jej imieniu, trochę łatwiej jest mi ją zrozumieć. Chyba obydwoje potrzebowali tych słów. Jej z całą pewnością będzie nieco lżej na sercu, a i Kenneth nie będzie głupiał w niewiedzy i gierkach Carli. Jej słowa dobitnie pokazują, że wcale nie są jeszcze skreśleni jako para. Wiadomo, krzywd się nie zapomina, ale miłość przeważnie bierze górę w takich przypadkach. Liczę, że tak będzie i tutaj.

    Ściskam i życzę powodzenia w boju z sesją! ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałaś racje mówiąc o przełomie. Szczerze Carla zaczynała mnie trochę denerwować,ale teraz zupełnie ją rozumiem. Mam nadzieję,że wrócą do siebie. Czekam na następny i powodzenia podczas sesji 💗😘

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdecydowanie relacja naszych bohater się polepszyła, jednak sama nie wiem czy chciałabym aby do siebie wrócili. Bo stwierdzenie "pokochali się na nowo" jest w tym przypadku zupełnie nie trafne, ponieważ jak widać oboje nadal się kochają. Myślę jednak że przewinienie Kennetha było tak drastyczne, że na miejscu Carli nigdy bym mu nie wybaczyła. I tak wiem że każdy zasługuje na drugą szansę, ale nie przy zdradzie. To złota zasada. Nawet jeśli on cierpiał i cierpi to cierpieć powinien do końca. Tak jak cierpiała i nadal cierpi Carla. Widać po niej, że pękło jej serce i próbując sobie radzić zaczęła udowadniać że potrafi być silna. Analogicznie do tego zaczęła wymyślać tą całą historię. Co zresztą jest dla mnie naturalne i zrozumiałe. Boje się jednak że niebawem ulegnie swojemu sercu i powróci do Gangnesa.

    Jeśli potrzebujesz trzech tygodni, to oczywiście będę czekać choć przyznaję że dwa tygodnie są dla mnie utrapieniem.

    No i na koniec oznajmiam, że już powróciłam. Chciałam Ci podziękować że byłaś, jesteś i na wolną chwilę pomiędzy egzaminami podrzucić kolejną część u siebie. http://snowflakes-clung-to-his-mouth.blogspot.com/2017/06/19-rzes-melodia-drzaca-porankiem.html

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczerze mówiąc, to zaczęłam rozumieć Carlę i jej zachowanie. Zdradę trudno wybaczyć, ale ona nadal kocha Kennetha, nadal coś do niego czuje, więc... może nie wszystko między nimi stracone? Wszystko można jeszcze chyba naprawić. Z drugiej strony może jednak nie warto wchodzić dwa razy do tej samej rzeki...
    No nic, poczekamy zobaczymy, weny :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Będę szczera, dziś tylko przewijałam z zachwytem ten rozdział, ponieważ cieszę się, jak treść jest tak mocno rozbudowana, a nie zajmuje jedynie kartki A4.
    Życzę ci powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak myślałam, że Carla wcale o nim nie zapomniała. Trochę szkoda, że tak szybko wszystko wyjaśniła. Miałam nadzieję, że Kenneth będzie musiał się bardziej postarać i bardziej o nią powalczyć. Łatwo poszło, ale zobaczymy co dalej.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej Kochana :)

    Przepraszam, że tak późno, ale sama rozumiesz... bo masz to samo :P

    Rozdział pierwsza klasa :) W końcu się coś wyjaśniło. Hura! Najwyższy czas! Tylko... nie jestem pewna, czy Carla powinna być taka wylewna wobec Kennetha. Hmm...
    Ciekawe jak się to wszystko dalej potoczy :) Dodawaj szybko rozdział... chociaż wiem, że będzie ciężko. Ważne, że od dziś do publikacji zostały jak zwykle 2 tygodnie, a nie 3 :D hihi ^^

    Buziaki :*
    Madziusa

    OdpowiedzUsuń
  10. No w końcu tutaj dotarłam!
    I ciesze się, że Carla w końcu odważyła się powiedzieć prawdę. Kenny - walcz teraz za dwóch!
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  11. Skoro tyle się wyjaśniło to ja powtórzę jeszcze raz, że w pełni Carlę rozumiem... Nie zawsze popieram, ale rozumiem jej zachowania i się im aż tak bardzo już po tych wyjaśnieniach również nie dziwię ;)
    Mam wrażenie, że ten wydarzenia w tym rozdziale były czymś w rodzaju katharsis, szczególnie dla bohaterki... A to oznacza, że powinno być tylko lepiej :D
    Jak zwykle świetna robota! :)
    Weny ❤️

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem!
    Przepraszam, że tak późno, ale nie wyrabiam powoli :D
    Rozdział mi się bardzo podoba ;)
    Brawo Carla XD
    Czekam na kolejny ;*

    OdpowiedzUsuń
  13. Aż się człowiekowi lżej i cieplej na sercu robi, kiedy czyta o dobrych relacjach bohaterów, które należały w pewnych chwilach do krytycznych. Podziwiam Carlę, że wypowiedziała mu wszystko, nie zatrzymała żadnych słów i była z nim szczera, ale nasz skoczek też powinien przeprowadzić prawdziwą spowiedź.
    Przy okazji uważam, że informacja o tym, że jest ojcem dawno powinna trafić do matki, może w końcu by zrozumiała, że jej syn nie jest trzylatkiem, a ona została babcią. Gdyby się dowiedziała zmieniłaby zdanie o swojej niedoszłej synowej.
    Czekam na więcej :) Zapraszam na moje opowiadania, zostawiam linki w spamie. Wspaniałych wakacji, ściskam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Carla zachowuje się dziecinnie, ale w sumie trzeba ją zrozumieć - jest zranioną kobietą, a zemsta smakuje najlepiej na zimno :p chociaż dobrze zrobiła, otwierając się przed Kennethem. kiedyś musiała to zrobić :)
    jeny, widać, że teściowe nie lubią swoich synowych :v ale bez przesady, żeby tak jawnie pluć jadem... oj, kobita dużo nie wie, eh.
    mam nadzieję, że Kenny podejmie dobrą decyzję, skoro już wszystko wie...
    czekam na kolejny! udanego wyjazdu ;*

    OdpowiedzUsuń