piątek, 7 lipca 2017

# 16


Ciemność już dawno zasłoniła szczelnie bardzo ładne, niemal bezchmurne przez cały dzień niebo, zostawiając jedynie minimalną przerwę dla świecącego mocno księżyca. Duża, błyszcząca nieskazitelną szarością kula akurat jest w fazie pełni. Cudowny widok w jeszcze cudownej scenerii. Połączenie idealne.
Dookoła zupełna cisza. Żadnych hałasów, odwiecznych dźwięków wiecznie pędzącego gdzieś przed siebie miasta, zmartwienia pozostały pochowane po kątach w domu, nic nie zaprząta niepotrzebnie głowy, nie sieje zbędnego zamętu.
Cisza i spokój.
I ona.
Ta, dla której w pełni straciłem głowę, która zawładnęła w całości moim trudnym do okiełznania sercem, zawsze mającym odmienne zdanie na każdy temat od mojego. Ta, która pokochała mnie bezgranicznie, pomimo tych wszystkich plączących się nieustannie wad, bo przecież nie ma ludzi idealnych. Ta, którą ja pokochałem równie mocno, do cna, chociaż w jej przypadku zaczynam się zastanawiać, że może jednak chodzą po tym świecie takie nienaganne egzemplarze.
Spoglądam na jej rozwiane włosy, zajmujące górną część wełnianego, ciepłego koca, idealnego na taką dość chłodną noc, choć to środek lata. Cóż, natura też miewa czasami swoje wybryki. Na włosy, w które ma wplecione drobne kwiatki, zbierane jeszcze wczesnym wieczorem, gdy tutaj dotarliśmy. Niby zwykły las, opustoszała polana w jego centrum, na którą kiedyś, gdy byłem mały, przychodziły tłumy, a teraz jakoś zapomnieli o tym miejscu, znudziło się, wypadło z obiegu okolicznego kanonu. Proste miejsce, a jednak jest tu niesamowicie. Odskocznia od wszystkiego.
Czuję przyjemne ciepło, bijące od jej dłoni, leżącej obok mojej i od ustawionego nieopodal lampionu, twórczości jej babci. Zdolna kobiecina. I kochana. Ale to chyba u nich dziedziczne. Carla jest jej niemal dokładną kopią, jeśli chodzi o zachowanie i ogrom serdeczności, rosnący w tym drobnym, szczupłym ciałku. Dotykam opuszkami palców jej skóry, ale ona się odsuwa. Za mocno naciskam? Możliwe. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak bardzo sam na sam, tak totalnie. Może zbyt szybko chcę się do niej zbliżyć? Dobrze, przystopuję.
- Zobacz. – podnoszę się, podkurczając nogi, wskazując w stronę nieba. – Widzisz te gwiazdy?
Zerkam kątem oka na Carlę, zauważając, że też się podnosi, że ma w oczach, przepełnionych jakąś dziwną magią, wręcz skaczące ogniki zaintrygowana. Nie wiedziałem, że zwykłe migoczące w oddali punkciki, tak działają na kobiety. Musimy się tu wybierać zdecydowanie częściej w takim razie.
Uśmiecha się zaciekawiona, unosząc wzrok mocno ku górze.
- Tamte? – pyta, wybierając konkretne.
Dalej, Kenneth, pochwal się swoją „znajomością” astronomii, panie filozofie.
- Tamte, te też… wszystkie. – rzucam wyrazami, okalając rozpostartymi dłońmi okalające nas z każdej strony niebo.
- Wiesz, jak się nazywają? Nigdy nie mogłam zapamiętać tych skomplikowanych nazw.
Uśmiecha się ponownie, z lekkim zawstydzeniem, jakbym miał ją ukarać za szkolną niewiedzę, zatapiając swoje jaśniejące ciągle tęczówki w moich. Boże, jaki ona ma niezwykły wzrok. Teraz już mogę umrzeć.
- Szczerze? – zaczynam się śmiać, kręcąc rozbawiony głową. – Nie mam pojęcia. – dodaję zdradzieckim szeptem, wywołującym tym samym u niej głośny śmiech euforii.
Uwielbiam ten śmiech, uśmiech… całokształt. Połączenie idealne. Kolejne. Dzisiaj chyba kumulacja szczęścia. A mówią, że to prawdziwe wcale nie jest tak daleko, jak nam się wydaje i wcale nie kosztuje fortuny.
I mają rację.
- Będziemy musieli oboje się podszkolić w tej kwestii. – odpiera po chwili, wzdrygając uroczo ramionami, jak mała dziewczynka.
- Ale wiem za to jedno. – wtrącam, czując, ze sam zaczynam się nienaturalnie czerwienić. – Że wszystkie gwiazdy są równie pięknie, jak ty albo nawet i bardziej.
Lustruje mnie żarliwie, chłonąc każde słowo jak świeża gąbka, patrząc tymi ślicznymi, przenikliwymi oczyma, kontrastującymi w nieustannym świetle księżyca. Posyła mi tysięczny uśmiech, ale teraz nieco inny. Speszony, nieśmiały, przybliżając się nieśmiało i… posyłając mi coś znacznie cenniejszego.
Pocałunek, prosto w samo sedno, próbując wzajemnie swoich ust, łączących się w jedną, idealną całość, doskonale razem współpracując.
Ideały jednak istniejąc.
Zawsze o tym wiedziałem…

Schylam się, żeby podnieść bluzę, która mimowolnie wypadła mi z rąk i wylądowała na panelach, jak tylko na zaledwie parę minut straciłem koncentrację, zapatrując się zachłannie w podobnie ciemne jak wtedy, późnowieczorne niebo, górujące już z pewnością nad całym miastem. Gwiazdy. Niby małe, błyszczące w oddali stworzonka, a potrafią przywołać najgłębiej ukryte w duszy wspomnienia, o których człowiek praktycznie już dawno zapomniał. A jednak, one nie znikają. One czekają tylko na odpowiednią okazję, aby ponownie się aktywować w wyobraźni i uderzyć z podwójną siłą. Z zaskoczenia, bez ostrzeżenia.
Nawet nie spodziewałem się, że tamten moment zakorzenił się we mnie aż tak mocno. Że on w ogóle nadal tam był i po cichu sobie siedział. Może dlatego, że chodziło o pocałunek. Wyjątkowy w pewnym sensie, bo jeden z pierwszych, jeden z najważniejszych. Takich rzeczy nigdy się nie zapomina, nie da się. A po tym wszystkim, co powiedziała mi niedawno Carla, to odżyło jeszcze bardziej, na nowo. Jej słowa były jak takie solidne uderzenie obuchem w potylicę, niszczące wszelkie dotychczasowe ustalenia i przypuszczenia, układane misternie w myślach, aby się za nią przed sobą tłumaczyć, aby wyjaśniać własne błędy dla ratowania zmaltretowanego, gryzącymi do krwi wyrzutami sumienia.
Nie zdawałem sobie tak naprawdę sprawy, jak cała zaistniała sytuacja, która zaczęła się rozkładać na gnijące części pierwsze, wygląda z jej strony, bo ani razu po niej po prostu nie byłem, nawet telepatycznie. Nie wiedziałem, co ona czuje, jak to przezywa, mając obok w dodatku cielesny dowód naszej początkowo nieśmiertelnej miłości, w postaci rodzącej się malutkiej Emmy. Na pewno nie było jej łatwo, codziennie widząc w jej osóbce cząstkę mnie, której nie mogła przecież świadomie ominąć.
Byłem za to święcie przekonany, że ta wyprowadzka była równoważna ze znienawidzeniem mnie aż do śmierci, że nigdy mi tego nie wybaczy, że nie chce mnie już znać. Cóż, wcale bym się nie zdziwił, gdyby właśnie tak zrobiła. W pełni na to sobie zasłużyłem. Byłem jeszcze bardziej przekonany o tym, że wyrzuciła mnie raz na zawsze ze swojego ułożonego, dobrze prosperującego życiorysu bez jakichkolwiek rys, wymazując z niego właśnie taką, jak ja, która gdzieś po drodze się niechcący przyplątała. Myślałem, że wyjechała po to, aby żyć na nowo, beze mnie, jak najdalej, aby zakończyć wszelkie kontakty. To ostanie jej się udawało, dopóki Nina, nie zaczęła mi mimo wszystko, pomijając już przeróżne nieprzyjemności z jej strony, minimalnie pomagać pod kątem odnowienia tych zatartych kontaktów.
Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Praktycznie stuprocentowa odwrotność. Nadal byłem dla niej w jakimś stopniu ważny, ale bała się powrotu i ponownej konfrontacji. Sam, szczerze mówiąc, nie wiedziałbym za bardzo, jak postąpić w tak delikatnej kwestii. Ale skoro przez ten czas nie pozbyła się mnie ze swoje upartego, zranionego serca, to co skłoniło ją do tego, żeby spróbować jeszcze raz otworzyć dla mnie tam jego podwoje i zamknięte szczelnie bramy? Bo wyznanie całej prawdy chyba mogę traktować w takich śmiałych kategoriach… czy jednak nie? Może dopiero po powrocie do Oslo odrodziły się u niej jakieś uczucia, co do mojej osoby? Może przecież cały czas żyły, nigdy nie umarły, cały czas za nią czekałem. I czekam. Nie poddaję się. Chyba nigdy nie miałem w sobie takiej ilości wytrwałości. Ewenement. Ale warto było, by gdyby nie to, mógłbym się nie dowiedzieć tego od niej. Upartość znów się opłaciła.
Tak swoją drogą, jestem cholernie ciekawy, o jakich „początkowych przekonaniach” mówiła, uśmiechając się tak dyskretnie. Ale… Może lepiej, żebym tego nie wiedział? Nie muszę wiedzieć wszystkiego. Co za dużo, to niezdrowo. I tak, jak na jeden dzień, dowiedziałem się zbyt wiele.
Składam tą bluzę, niemal w sklepowy sposób, układając ją w walizce, w której brakuje jedynie cieplejszej kurtki i gotowe. Jestem przygotowany do jutrzejszej wyprawy.
Gaszę światło w sypialni, schodząc jeszcze na dół po szklankę chłodnej wody, najlepszej na dobry sen. Morfeuszu, szykuj się. Zaraz do ciebie wpadnę z wizytą.


***


Lillehammer. Kolebka, jedna z kilku, w norweskim, ale też i światowym narciarstwie. Dla mnie miejsce szczególne, pod każdym względem i jedyne, z którym wiązałyby się wyłącznie dobre, pozytywne wspomnienia. Bo takie właśnie tutaj są. Najlepsze. Przynajmniej pod kątem zawodowym, chociaż prywatne też by się jakieś znalazły.
To tutaj debiutowałem w zawodach, wiele lat temu, jako młody, ledwie osiemnastoletni chłopaczek, bo wtedy nawet nie zdążyłem dobić do dziewiętnastki, kiedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej, kiedy życiem i ogólną codziennością rządziły inne priorytety. Wtedy byłem jednym z wielu, nikim specjalnie się wyróżniającym, wybijającym spoza tłumu, o wiele zdolniejszych, bardziej doświadczonych, na których mogłem patrzeć jedynie z podziwem i uznaniem, nisko im się kłaniając. To tutaj zdobyłem pierwsze punkty, które dla mnie miały wręcz historyczny wymiar, może nie było ich sporo, ale zawsze. Kolejny malutki punkcik w mojej rozwijającej się przecież dopiero karierze, którą później storpedowały bezlitośnie te cholernie kontuzje, wyrzucające mnie z porządnego, doskonale rokującego rytmu. Byłem skoczkiem, w którym pokładano ogromne nadzieje, ale podczas przerw znalazło się kilku następnych, jeszcze lepszych, jeszcze zdolniejszych. Ale również w Lillehammer startowałem jako młody dzieciak, w różnych zawodach dla początkujących adeptów, starając się doścignąć swoich największych idoli, by być takim samym, jak oni. By później to moje imię wykrzykiwał rozradowany spiker, parę minut ceremonią i słodko brzmiącym dźwiękiem narodowego hymnu.
Tak właśnie było w ubiegłym roku, podczas drugiego konkursu, choć pierwszy był równie udany, okraszony srebrnym miejscem na podium, tym, po lewej stronie. A teraz? Cóż, historia chyba się na mnie podejrzanie obraziła, rzucając mi pod nogi kłodę w postaci lekkiej kontuzji, z tendencjami do przeistoczenia się w dużo poważniejszą. I gdyby nie przystopowania oraz reprymendy trenera, to pewnie na upartego wariata stanąłbym na starcie, ale trzeba umieć też zachować chłodną głowę i nie szaleć, bo to może się skończyć jeszcze gorzej. W tym przypadku chłodna głowa zdążyła się odezwać w odpowiednim momencie.
A skoro nie mogę skakać, to przynajmniej mogę wspierać chłopaków mentalnie, jak oddany przyjaciel. Chyba nic innego mi nie pozostało, skoro zabrali mi na jakiś czas deski. Pobawię się trochę w kadrowego mentora, zapasowa rola w drużynie, może kiedyś się jeszcze przyda, jak jakieś cholerstwo weźmie mnie na poważnie znowu za parę sezonów. Nie będę się nudził, bo chwilowo ta nuda, zamknięta razem ze mną w czterech ścianach niemal na dwadzieścia cztery godziny dziennie, zaczynała mi już podgryzać pięty i wyrzucać na siłę do ludzi.
Wkładam bagaż do auta, siadając za kierownicę, dotykając jej chłodnej ramy, szybko włączając ogrzewanie, zapinając od razu pasy. Może to i nie jest jakoś wybitnie daleko, ale nie mam tutaj zamiaru ani zamarznąć na kość, ani zapłacić jakiegokolwiek mandatu za jakąś błahostkę, bo chyba bym zbankrutował. Świnka skarbonka zaczęłaby się trząść przed zbliżającym się młotkiem.

- Stary, witamy ponownie w drużynie. – mówi uradowany na mój widok Anders, gry tylko pojawiam się przy boksach dla zawodników.
Dzisiaj kwalifikacje. Ja teoretycznie, pomimo nieukończenia poprzedniego konkursu, nadal utrzymuję się jeszcze rzutem na taśmę w tej topowej dziesiątce, więc wstęp na jutrzejsze zawody miałbym zapewniony. Ale nic z tego. Cholera, aż mnie świerzbi, żeby pożyczyć od kogoś narty i iść na rozbieg.
Trenerze, nic mnie nie boli, czuję się rewelacyjnie… mogę? Chyba by mnie wyśmiał, jakbym mu zaproponował coś takiego. Miałbym od razu zakaz wstępu na skocznię, tak na wszelki wypadek, gdyby mi jednak odbiło.
- Panowie, ale jako kibic. – odpieram z lekkim uśmiechem zawiedzenia, witając się z nimi naszymi standardowymi, typowymi dla nas sposobami, z każdym po kolei.
Kibic… Bardzo wierny kibic, jak już. Jakoś to dziwnie brzmi. Tak nieładnie. Bo kiedy wreszcie osiągnąłem odpowiedni pułap motywacji, jakiego dawno nie miałem, a na który usilnie czekałem, to znów wszystko musiało się rozsypać i pokrzyżować mi plany.


***


Rozglądam się dookoła, słysząc tumult wiwatujących trybun, wykrzykujących entuzjastycznie moje nazwisko. Uśmiecham się szeroko, bo wiem, że jestem niesamowicie blisko pierwszego zwycięstwo. Wczoraj coś minimalnie zawiodło, ale dzisiaj wszystko było już praktycznie perfekcyjne. Dokładnie takie, jakie sobie założyłem. Dwa dobre, dalekie skoki. I takie oddałem.
Odpinam wiązania, delikatnie, żeby ich przypadkiem nie rozwalić z tych buzujących emocji, jakimś mocniejszym szarpnięciem, czekając cierpliwie na końcowy werdykt. Boże, dlaczego oni to muszą tak długo liczyć? Choć wiem, że chyba moja próba była nieco lepsza, spoglądam dla pewności na tą elektroniczną tablicę za moimi plecami.
Dziewięćdziesiąt dziewięć metrów. O sto centymetrów dalej niż za pierwszym podejściem.
Czekam, odliczając w myślach kolejne, złośliwie wolno upływające sekundy, czując, jak moje serce zaczyna walić nieskoordynowanie, jak oszalałe. Jeszcze chwila, a chyba wyskoczy mi przez ten kombinezon. Zamykam zupełnie odruchowo oczy, słysząc donośny wrzask tych wszystkich zebranych tutaj ludzi.
Wygrałem, tak? Wygrałem?! Sam nie mogę w to uwierzyć. Naprawdę? Nikomu nie muszę już ustępować miejsca? Widzę, jak Tom i Johann przedzierając się przez te sponsorskie barierki, biegnąc szybko w moją stronę z gratulacjami. Uśmiecham się szeroko, aż bolą mnie kąciki ust, ale tak naprawdę mam w oczach łzy wzruszenia, cisnące się do wypłynięcia, ale nie będę ryczał przy wszystkich. I ta duma, że w końcu mi się udało. Że pokonałem te wszystkie problemy, z którymi się borykałem, że udało mi się solidnie stanąć na nogach. Że te lata trudów, żmudnych treningów, nareszcie przyniosły upragniony rezultat. Do którego tak uparcie i żarliwie dążyłem, pomimo nie zawsze pochlebnych słów ze strony wszechwiedzących lekarzy.
Teraz to moje nazwisko zostanie zapisane w raportach i kartach historii tej dyscypliny. Oby to nie był ten przysłowiowy pierwszy i ostatni raz. Ja już się o to postaram.
- Udało się! – rzucam głośno z nieustającym uśmiechem do równie mocno uśmiechniętego Toma.
Kręci głową, mówiąc coś, ale prawie nic nie słyszę.
- Zasłużyłeś. – odpiera, pochylając się w moją stronę, klepiąc porozumiewawczo po plecach i dopiero wtedy zaczynam wierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, na jawie.
Udało się… nareszcie!
Unoszę narty w geście zwycięstwa, czując gdzieś podświadomie, że to w pewnym sensie też i zasługa Carli, która tutaj ze mną przyjechała i siedziała zakamuflowana na trybunach, pewno bez przerwy trzymając kciuki, aż do zbielałych kłykci. Moja osobista pani motywacja. Aby być lepszym i lepszym, nie tylko dla siebie, ale też i dla niej. Zerkam jeszcze na chwilę na główny telebim z wynikami, chcąc zapisać ten widok jak najdłużej w mojej pamięci.
Jednak można się podnieść po każdym upadku. Nawet najcięższym.
Wystarczy chcieć.

- Wiem, że nie skaczesz, ale stwierdziłam, że ci potowarzyszę.
Słyszę jej ciepły, serdeczny głos za swoimi plecami.
Carla? To ty?
Mrugam parokrotnie szybko powiekami, wybudzając się z letargu ciągle odnawiających się wspomnieć. Patrzę przed siebie, błyskawicznie dostrzegając lądującego na zeskoku zawodnika, hamującego niemal aż do barierek, z plastronem, na którym widnieje numer czterdzieści. Boże, znowu tak się mocno zamyśliłem? Przegapiłem całą serię? To naprawdę robi się niezdrowe.
Obracam głowę, zauważając jak ten wyimaginowany ton zamienia się w jej postać, siadając obok na pustym miejscu. Z uśmiechem, za którym tak cholernie tęskniłem.
Ona.
We własnej osobie.
- Tak, jak kiedyś? – odpieram, obserwując każdy jej najmniejszy ruch, każde pstryknięcie palcem, każde uniesienie kącika tych cudownie smakujących warg.
- Chociażby. – rzuca z małym zawstydzeniem, poprawiając spadającą na czoło kolorową czapkę, sprawiającą wrażenie zdecydowanie dla niej za dużej.
Zatracam się w jej szarych tęczówkach, które idealnie pasują do otaczającego całą okolicę bialutkiego śniegu, świetnie się z nim dopełniając. Ale i tak najlepiej wyglądają w parze z tym wręcz firmowych uśmiechem, który teraz wcale nie schodzi jej z twarzy.
Czy to moja obecność wywołała u niej takie zadowolenie? Byłbym zaszczycony, gdyby to była prawda.
- Cieszę się, że tu przyjechałaś. – mówię cicho, lustrując ją centymetr po centymetrze.
Cieszę się. Bardzo. To chyba największy pozytyw dzisiejszego dnia. Ale… skąd ona wiedziała, że tutaj będę? Skąd wiedziała, że znajdzie mnie akurat w tym rejonie? Jakaś dziwna, wewnętrzna telepatia? Czy chłopacy przed startem zdążyli naprodukować masę różnych zdjęć, dokumentując wizytę dokładnie, gdzieś niechcący zaczepiając mnie na którejś z rzędu fotografii, którą wrzucili do sieci? Cóż, Internet nigdy nie śpi.
Zresztą, Kenneth, kto jak kto, ale ty akurat powinieneś o tym fakcie wiedzieć najlepiej…
Spoglądam w moje błyszczące oczy, po czym spuszcza swój skrępowany wzrok na ziemię. Widzę, jak się czerwieni. Widzę to. Może to głupio zabrzmi, ale uwielbiam, kiedy tak reaguje. Czyżby faktycznie nie wyrzuciła mnie tak definitywnie ze swojego serducha? Może jednak nadal coś do mnie czuje? Skoro sama, z własnej woli tutaj przyjeżdża… bo na pewno nie po to, żeby kibicować chłopakom. W to, w taki zbieg okoliczności, akurat nie uwierzę.
- Jak się czujesz? – odzywa się po chwili, zatrzymując się na zeskoku i dobiegającej powoli do końca serii.
- Dobrze. – odpowiadam krótko.
Dobrze. Cudownie. Dawno tak dobrze się nie czułem. Przy tobie nawet nic mnie nie boli, wiesz? Istna magia.
- Pamiętasz, jak kiedyś razem jeździliśmy? – pyta znienacka, uśmiechając się po raz kolejny.
Czy pamiętam?
Oczywiście.
Każdy wyjazd, każdy dzień, wszystko. I nigdy nie zapomnę, Carla. Takich momentów się nie zapomina. Zawsze inaczej mi się startowało z wiedzą, że ktoś mi bliski jest na skoczni, że kibicuje mi do utraty sił. Że cieszy się ze zwycięstwa i płacze po sromotnej porażce razem ze mnę, że nie jestem z tym sam.
- Może kiedyś znów będziemy tak razem jeździć? – rzucam przekornie, cudem powstrzymując się, żeby nie chwycić ją za te kruche, blade rączki, aby je ogrzać.
I pocałować albo przynajmniej objąć. Kenneth, nie szalej, spokojnie. Dopiero co zawarliście jakiś ugodowy pakt, więc nie narażaj się na takie gesty, bo to źle odbierze. Ona zaś zakłada rozwiane kosmyki za uszy, zakrywając je szczelnie tą wełnianą czapą, zasłaniając raczej też i swoje zawstydzenie.
- Może… - odpiera niezbyt głośno, jakby w jej głowie zaczynała odradzać się nadzieja.
Może. Znowu to magiczne słowo, w które tak zapalczywie wierzę, chowając je głęboko w sobie, żeby o nim nie zapomnieć. I tak za każdym razem, odkąd powiedziała je, zatrzaskując za sobą w złości drzwi po naszym rozstaniu.
Obracam głowę, aby spojrzeć na listę wyników, bo jednak wypadałoby wiedzieć, co się dzieje, ale zamiast tego, moje oczy bardzo szybko wyłapując kręcącą się nieopodal barierek dla akredytowanych osób, podejrzanie znaną postać, której miałem nigdy już nie spotkać na swojej drodze.
Ale świat jest chyba na to jeszcze zbyt mały, aby to miało rację bytu…


~~~~~~~~
Hellow, god morgen!

Witam Was ponownie po dość długiej przerwie, mam nadzieję, że o mnie jeszcze nie zapomnieliście. Dziękuję tym wszystkim, którzy pojawili się pod piętnastką. Co prawda, aktywność na blogu niestety maleje (chyba u większości osób teraz tak jest, co?) dlatego tym bardziej się cieszę, że jesteście

Tym razem znowu dużo wspomnień, ale takich o wiele przyjemniejszych. Zresztą, całość dzisiaj jest bardziej… słodsza? W poprzednim rozdziale sporo się wyjaśniło. Jak myślicie, uda im się zbudować cokolwiek od nowa? Czekam!

A już za niecały tydzień letnie zawody w Wiśle, których osobiście nie mogę się doczekać. Z kim się zobaczę? ^^ Gdybyście mieli ochotę, jestem „do dyspozycji”, możecie ze mną normalnie pogadać, naprawdę nie gryzę :) Jeśli będziecie mnie szukać, to wypatrujcie na trybunach takiej niskiej, chudej brunetki w krótkich włosach z (prawdopodobnie) biało-czerwonym wiankiem, w sponsorskiej bluzie.

Do napisania tradycyjnie, za dwa tygodnie ^^
Buziaki, Anette :**


Czytasz = komentujesz = motywujesz


14 komentarzy:

  1. Hej Anette!

    Tęskniłam za Tobą wiesz? :) I Za Kennym, za Carlą nie wiem, bo w sumie to mało ją znam :P
    Rozdział... taki inny! Taki totalnie różny od pozostałych... W końcu jakieś miłe chwile :) Bez pretensji, żalu i cierpienia. Uff! Aż miło się czytało :) Liczę, że teraz to tylko już takie będą :) I czekam na jakieś ostrzejsze, gorętsze kawałki :D

    A teraz rzecz, która mnie rozśmieszyła: "Że wszystkie gwiazdy są równie pięknie, jak ty albo nawet i bardziej." Albo nawet i bardziej? Czy to nie oznacza, że są piękniejsze od niej xD Czy tylko ja źle to rozumiem haha :D

    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Kochana! :)
    Zjawiam się jak najszybciej tylko mogę! W sumie to chyba jakiś rekord jak na mnie :D
    Okej, przechodząc do rozdziału to tak..
    Jest super! I proszę.. obiecaj mi, że tak już zostanie do końca. Nareszcie się wszystko zaczyna układać, nie ma kłótni, mijania się, jakichś niepotrzebnych pretensji do całego świata.. A może potrzebnych? Żal i wszystko inne czasami dobrze jest z siebie wyrzucić, żeby potem mogło być pięknie :)
    Oczywiście ze mną widzisz się w Wiśle! Kawa jak najbardziej aktualna! A i chyba z rozpoznaniem Ciebie problemu mieć nie będę :D
    Buziaki Kochana ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. W końcu jesteś :D
    Ale tu się cudownie zrobiło i mam nadzieję, że tak już będzie do końca :)
    Dobrze, że jakoś między nimi się poukładało :)
    Czekam na kolejny ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej.
    Jestem.
    Cudny rozdział.
    Tylko ta końcówka...
    Czekam na następny.
    Buziaki. 😘💋

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem! Rozdział taki inny. Brak kłótni, pretensji tylko miła atmosfera. Mam nadzieję,że tak pozostanie. Pozdrawiam i czekam na następny :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Tęskniłam za Kennym jego wrażliwością, sposobem w jaki wszystko opisuje, jak wciąż cierpi, jaki ma do siebie żal, że wciąż pokutuje i ma niezłomną nadzieję. I pragnę jeszcze więcej Carli, bo wraz z nią i K jest lepszy i wszystko znowu w nim żyje.
      Tylko czy aby ta postać, to nie ta pokręcona dziennikareczka? Oby nie!

      Usuń
  7. Ja już wiem co to za osoba pojawiła się na tym zbyt małym świecie... Może nam się to podobać lub nie, ale myślę że to będzie jakiegoś rodzaju próba(spekulacje). Dziękuję ci za rozdział, który czyta się zdecydowanie z ogromną przyjemnością. Chciałam tez dodać "i ze spokojem", ale zdałam sobie sprawę że co rozdział fundujesz mi emocjonalny rollercoaster. Dziękuję za piękne opisy, zresztą jak zwyke i czekam na kolejną część!

    OdpowiedzUsuń
  8. W końcu jakiś weselszy rozdział! Fajnie się go naprawdę czytało. Dobrze, że jakoś to się między nimi układa. Chciałabym żeby znowu byli razem :)
    Ale ta końcówka mnie zmartwiła. Czyżby tam była Astrid?
    Weny kochana, miłego wyjazdu :*

    OdpowiedzUsuń
  9. 1. lubię wspomnienia
    2. cudowne widoki, ja często siadam na parapecie albo robię zdjęcia zachodzącego słońca :)
    3. czy ten świat musi być zawsze za mały, gdy wszystko zaczyna się układać?
    4. zwycięstwa to było piękne!
    5. nie może, a na pewno, bo ja wierzę, że znowu będziecie razem jeździć i świetna z Was rodzina będzie
    6. Emma :3
    7. Kenneth spokojnie! na wszystko przyjdzie kolej, bo inaczej ją wystraszysz
    8 czekam na więcej i zapraszam do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cześć ;)
    Przeczytałam ten rozdział i mam mieszane uczucia. Niby wszystko zmierza w dobrym kierunku, dawna para ma szansę się pogodzić itp, ale mnie wciąż brakuje tutaj jakiejś akcji, jakiegoś zwrotu, który sprawiłby, że nie mogłabym oderwać wzroku od tekstu. W sumie już od pierwszego rozdziału opowiadanie bazuje tylko na emocjach. Dialogi pojawiają się rzadko, a dynamiczne wydarzenia jeszcze rzadziej (o ile w ogóle). Za to jest mnóstwo opisów przeżyć, rozterek, przezyć, rozterek, przeżyć, myśli i uczuć głównego bohatera. Przyznam, że to mnie trochę nudzi, bo mam wrażenie jakbym ciągle i bez przerwy czytała o jednym i tym samym, tylko inaczej ubranym w słowa. Możliwe, że innym taka forma i styl się podobają, do mnie to chyba nie za bardzo trafia. Wolę poznawać bohatera przez jego czyny, wydarzenia, które na niego wpływają, rozmowy z innymi ludźmi, a nie tylko myśli i myśli. Dlatego hmm... to chyba nie jest opowiadanie dla mnie ;-) Po prostu nie ta bajka. Może wpadnę za jakiś czas, zobaczyć jak się akcja rozwinęła, ale na razie to tyle ode mnie.

    Pozdrawiam! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten rozdział niewątpliwie wlewa w serce sporo nadziei. Bo nie ma w nim wybuchów i kłótni. Wydaje mi się, że między Kennym, a Carlą pojawiła się nieśmiała nić porozumienia. A to, daje mu prawo do podtrzymywania tego ognia nadziei. Z całą pewnością czeka go ogromnie daleka droga, ale wnioskując po zachowaniu Carli, jest ona możliwa do przebycia z dobrym rezultatem.
    Może się powtórzę, ale jak czytam opisy, chociażby ten o gwiazdach to się szczerze rozpływam! :3
    Ściskam i weny ♥

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie mogłam doczekać się tego rozdziału, więc niesamowicie się ciesze, że już jest! :D
    Opłaciło się czekać, bo rozdział jest genialny, jak zawsze, i przede wszystkim - bardzo przyjemny. Nie ma tych negatywnych emocji, wszystko idzie po dobrej myśli.. Wydaje mi się, że Kenny i Carla powoli odnajdują jakiś wspólny język, porozumienie..
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział, uwielbiam zatapiać się w uczuciach bohaterów, nie wiem, jak to robisz, ale idzie Ci to idealnie! :D
    Jak było na LGP w Wiśle? Ja osobiście nie byłam w tym roku, ale przed ekranem telewizora i tak cieszyłam się, jak dzieciak widząc w końcu Kennetha. *.*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Wiśle było cudownie, jak zwykle zresztą :) Atmosfera, ludzie... coś niezwykłego.
      Ja osobiście też strasznie się cieszyłam, że Kenny wrócił. Tęskniłam za nim!

      Usuń